kierowcy

Absurdy na polskich drogach

Na absurdalnie zastosowane przepisy w co niektórych miejscach na polskich drogach składa się kilka czynników. Po pierwsze ustawodawcy, począwszy od najwyższych szczebli władzy ustawodawczej, na samorządach lokalnych kończąc. Jeśli chodzi o ludzi z najwyższych szczebli władzy, czasem zdają się oni ulegać presji lobbystów, czego przykładem jest zakaz prowadzenia rozmów telefonicznych bez zestawów głośnomówiących, podczas kiedy nikt nie zakazuje kierowcom palenia papierosów w trakcie jazdy. Natomiast władza samorządowa zwłaszcza przed wyborami ma tendencje do czasami zbyt rygorystycznego zaostrzania przepisów. To w końcu starosta gminy lub prezydent miasta zarządza ruchem na drogach publicznych.

Oczywiście zastosowanie zaostrzeń w co niektórych miejscach na drodze ma sens. Jeżeli faktycznie znajdzie się tam coś, co może zagrażać bezpieczeństwu ruchu, wtedy ustawodawca lokalny bez wątpienia ma prawo do zastosowania tego czy innego przepisu. Jednak wydaje mi się, że w wielu miejscach na drodze niektóre znaki ustawiono nie bardzo wiedzieć czemu. Innymi słowy nie odzwierciedlają realnej sytuacji na drodze. Kiedy widzimy znak, który ogranicza prędkość z 90 do 50 km/h, powinniśmy się spodziewać zabudowań, jakiejś szkoły, albo chociaż skrzyżowania. Niestety nie zawsze coś takiego można znaleźć. Mamy wtedy do czynienia z sytuacjami, kiedy na przykład na moście istnieje ograniczenie do 40 km/h, podczas kiedy większość kierowców przejeżdża to miejsce gdzieś w okolicach setki.

Jeśli chodzi o ograniczenia prędkości, jestem akurat kierowcą, który stara się w zasadzie stara się stosować do ustawionych na drodze znaków. Muszę przyznać, że najbardziej odczuwam bezsens zastosowanych przepisów, gdy próbuję stosować się bezwzględnie do litery prawa i ustawionych na drodze znaków drogowych. Czasem wydaję mi się, że mógłbym wysiąść z samochodu i przespacerować się z tą samą szybkością. Nie wspominam już nawet o innych uczestnikach drogi, dla których przepisy drogowe zaczynają istnieć dopiero wtedy, gdy drogówka ustawia w jakimś miejscu radar.

Niekiedy chodzi o zapis w prawie ustanowiony przez ustawodawcę. Mam na myśli na przykład konieczność jazdy przez cały dzień na włączonych światłach mijania. Kiedy mamy do czynienia z pogorszoną widocznością, włączenie świateł faktycznie ma sens. W innym przypadku raczej nie bardzo. Co ciekawe, w takiej Grecji włączenie świateł mijania w trakcie dnia jest zabronione.

Oprócz wymienionych przepisów i ich wątpliwego zastosowania, dochodzi jeszcze zachowanie policji i straży miejskiej. Wydawać by się mogło, że funkcjonariusze prawa powinni karać kierowców tak, żeby uczyć ich właściwych zachowań. Znaczy to, że lepiej jeśli ustawialiby radary w miejscach, w których rzeczywiście narażeni są piesi, a nie tam, gdzie najłatwiej wypełnić bloczek z mandatami. Straż miejska dla odmiany lubi wypisywać mandaty za złe parkowania na jakichś odległych od centrum bocznych uliczkach, nawet jeśli zaparkowane tam samochody raczej nie stwarzają zagrożenia. Funkcjonariusze policji i straży miejskiej najwyraźniej zapominają o edukacyjnym charakterze kary.

Często więc mamy do czynienia z nastawionymi na wypełnienie mandatowych bloczków funkcjonariuszami prawa, którzy egzekwują bezmyślnie ustanowione przepisy. Doskonała sytuacja istniałaby, kiedy przepisy byłyby ustanawiane i egzekwowane, wyłącznie po to, żeby poprawić bezpieczeństwo, a kierowcy tych przepisów się trzymali.

 

Artykuł powstał przy współpracy z salonem samochodowym Autobavaria.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *